Jak chyba każdy, albo prawie każdy, zrobiłam listę noworocznych postanowień: wrócę do wagi i formy sprzed początków związku (o... to proste nie będzie, mężczyzna wspiera pytając, czy chcę kawałek czekolady, albo ciastka), zacznę wymarzoną podyplomówkę i zaliczę resztę przedmiotów z magisterki (to prawie jak przenoszenie gór) i jak już będę piękna, szczupła i niezwykle mądra, to wreszcie ze spokojem zakopię się pod kołdrą i będę robić nic i marzyć o kolejnych szczytach do zdobycia.
Sylwester i Nowy Rok mają coś z magii i pogańskich rytuałów przejścia. Coś się kończy i coś nowego zaczyna. Można porzucić stare, uwierające człowieka zwyczaje i coś w sobie zmienić. Obudzić się w Nowy Rok innym, nowym, świeżym, gotowym do zmian.
Ktoś może powiedzieć, że zmieniać można się codziennie, że każdego dnia można zacząć się odchudzać (od poniedziałku się odchudzam.... ), rzucać palenie (ostatnia paczka...), zacząć się uczyć (od jutra się uczę....) itp. i za każdym razem jest jakaś "magiczna granica", jeszcze coś się stanie, albo nadejdzie. Potrzebujemy symbolicznych momentów, a co może być lepszego niż koniec roku....
O, to ja bym chciała przytyć. Ale to się uda chyba tylko wtedy jak co drugi dzień pochłonę pizzę, którą zagryzać będę kurczakami z KFC i frytkami :<
OdpowiedzUsuńEniłej, powodzenia!:)
Ja nie chcę chudnąć za wszelką cenę, zaczęłam po prostu zdrowo się odżywiać - gotuję obiadki do pracy, zamiast wcinać chińczyka i zaczęłam ćwiczyć jogę, w planach jest powrót do biegania gdzieś koło marca :)
OdpowiedzUsuń